19

Wywiad z Marią Bucardi do Trylogii II: Świętokradztwo w kaplicy i archetyp Kel’thara.

Wywiad z Marią Bucardi do Trylogii II:

Świętokradztwo w kaplicy i archetyp Kel’thara.

Kel’thar jest przeciwieństwem tego, czym jego świat powinien go uczynić.

Rozmawia: Anna Wysocka

Wstęp – Anna Wysocka

Pierwszy raz czytając scenę kaplicy w Trylogii II, miałam wrażenie, że nie wchodzę w literaturę, lecz w coś żywego — w przestrzeń, która reaguje na obecność Kel’thara jak ciało na zagrożenie. To fragment, który nie pozwala czytać „na chłodno”. Zaczyna się jak zwykła scena… a po chwili robi się duszno. Jakby ktoś niepożądany przekroczył próg, a powietrze od razu wiedziało, że nie powinien.

Kaplica w tej historii nie jest miejscem modlitwy. Jest konstrukcją, którą Kel’thar narusza samą obecnością. A on sam nie działa jak bohater — działa jak siła. Jak ktoś, kto nie prosi o miejsce, tylko je zabiera.

Dlatego ten wywiad nie dotyczy fabuły. Dotyczy napięcia i energii, którą ta scena otwiera w czytelniku: tej niewygodnej, ciemnej iskry, która sprawia, że po zamknięciu książki wciąż ma się wrażenie, że ktoś stoi tuż za plecami.

Chcę zrozumieć, dlaczego ten fragment działa jak inicjacja. I dlaczego Kel’thar — postać, która powinna odpychać — zostaje w pamięci tak, jak zostaje echo po czymś, co nie powinno było się wydarzyć.

To właśnie w tym miejscu rodzi się najważniejsze pytanie.


AW: Pani Mario, gdyby miała Pani wskazać jedno kluczowe przesłanie ukryte w tej scenie — to, które niesie największą moc dla czytelnika — co by to było?

MB: To, że Kel’thar jest przeciwieństwem tego, czym jego świat powinien go uczynić. I że każdy człowiek może stać się przeciwieństwem swojej historii. W scenie kaplicy pozornie chodzi o władzę, granicę, strach i profanację, ale sedno leży gdzie indziej: w chwili, gdy czytelnik widzi człowieka ukształtowanego przez brutalność i przemoc, a jednak działającego w sposób całkowicie sprzeczny z tym, czego go nauczono. Kel’thar dorastał w świecie wojny i odwetu, w realiach, w których reagujesz szybciej, niż myślisz, a przetrwanie wymaga twardości i bezwzględności. A mimo to w kaplicy nie widzimy potwora. Widzimy kogoś, kto wbrew wszystkiemu wybiera kontrolę zamiast furii, czystość zamiast brudu, rytuał zamiast chaosu, decyzję zamiast odruchu.

A jednocześnie nie wolno zapominać, kim on jest — przywódcą, którego obecność czuje się jeszcze zanim przekroczy próg. Zanim go widać, czuć drobną zmianę w powietrzu, jakby ktoś nieznany przesunął granicę między tym, co bezpieczne, a tym, czego lepiej nie ruszać. Kiedy pojawia się w kaplicy, wszystko reaguje instynktownie: powietrze gęstnieje, ciało samo napina mięśnie, a jego ludzie prostują się, zanim jeszcze zdążą pomyśleć dlaczego. To nie dyscyplina — to odruch zapisany głęboko w pamięci skóry. On nie potrzebuje słów. Jedno spojrzenie wystarcza, by cała przestrzeń ucichła, jakby ktoś zgasił dźwięk w środku zdania. To spojrzenie jest chłodne, stabilne, pewne — nieprzyjemnie precyzyjne, jakby widział w człowieku coś, czego ten sam w sobie unika. Nie patrzy „na”, tylko „przez”. Właśnie dlatego jego obecność w miejscu świętym działa jak profanacja: nie brutalna, lecz cicha i nieodwracalna, w takim stopniu świadoma, że skóra reaguje wcześniej niż myśl. Samym stanięciem w kaplicy odbiera temu miejscu dawny sens. Jakby to on, a nie ołtarz, był teraz centrum tej przestrzeni.

Właśnie w tym tkwi siła tej sceny — w pokazaniu, że nawet ktoś, komu życie dało najmroczniejsze początki, może przerwać narzucony wzorzec i wybrać inną drogę.

Twoja historia nie musi Cię definiować. Twoje początki nie muszą decydować o Twoim końcu. To przesłanie niesie ta scena: że to, kim się stajesz, zależy od Ciebie, nie od tego, co świat próbował z Ciebie zrobić.


AW: Czy Ty sama, jako autorka, uważasz scenę z kaplicy za najmocniejszą w całej Trylogii II? Bo gdy ją czytałam, nie czułam sceny — czułam, jakby powietrze zaczęło drżeć. Jakby ktoś dotknął czegoś, czego dotykać nie wolno.

MB: Tak — to najpotężniejsza scena, ale jej siła nie pojawia się nagle. Ona narasta. Zaczyna się w momencie, gdy Kel’thar zatrzymuje się przed drzwiami kaplicy — jeszcze zanim zrobi cokolwiek, zanim cokolwiek się poruszy. To chwila, w której przestrzeń zaczyna reagować na samą jego obecność.


AW: Kel’thar, zanim wejdzie, dotyka drzwi, jakby badał strukturę drewna. Dlaczego ten gest jest tak wyraźnie zaznaczony?

MB: Bo to nie jest zwykły gest. Kel’thar nie wchodzi do kaplicy jak barbarzyńca. On wchodzi jak ktoś, kto rozpoznaje energię miejsca. Kiedy przesuwa dłonią po drewnie, nie interesuje go faktura powierzchni — on bada, co to miejsce w sobie nosi. Drzwi są granicą między tym, co należy do tradycji, a tym, co on zaraz naruszy. To dotknięcie nie ma nic wspólnego z delikatnością. To sprawdzenie. To chłodna, świadoma ocena: czy to miejsce jest warte jego profanacji, czy jest godne, by złamał je swoją obecnością.

On nie dotyka drzwi jak człowiek, który chce poczuć ciepło drewna. Dotyka jak ktoś, kto czyta pamięć, napięcie, sacrum. Ten gest jest rytuałem poprzedzającym naruszenie świętości — pierwszym krokiem nie fizycznym, lecz energetycznym. Od tego dotknięcia zaczyna się wszystko, co w tej scenie nie powinno było się wydarzyć, a właśnie dlatego ma tak ogromną moc.


AW: Co symbolizuje sama kaplica? Bo ona jest w tej scenie jak żywy organizm — zimny, ciężki, czuwający.

MB: Kaplica jest pancerzem tradycji. Maską, którą wszyscy uznali za świętą, choć od dawna nie jest miejscem modlitwy. W kaplicy nie czuć Boga. W kaplicy czuć stare kadzidło — to, które straciło zapach, a zostawiło tylko cienką, gryzącą warstwę popiołu w powietrzu. Ściany pachną wilgotnym kamieniem, który widział zbyt wiele i nigdy niczego nie wypowiedział.

Gdy Kel’thar wchodzi do środka, kaplica nie sprzeciwia się. Ona czekała. Czekała na kogoś, kto nie uklęknie. Kto nie złoży rąk. Kto nie ulegnie iluzji świętości, którą nakładano na to miejsce przez pokolenia, aż stała się skorupą bez treści. Kel’thar nie profanuje kaplicy. On zdejmuje z niej zaklęcie, które miało trzymać ludzi w ryzach. Świętokradztwo nie dotyczy tu Boga — świętokradztwo dotyczy kłamstwa. A kłamstwo zawsze pęka tam, gdzie nikt się tego nie spodziewa.


AW: W tej scenie jest coś, czego nie jestem w stanie nazwać. Jakby ciężar decyzji, którą podjęto dawno temu. Czy tak to miało działać na czytelnika?

MB: Tak. Bo ta scena jest wyrokiem, który dojrzewał przez lata. Kaplica nie została wybrana przypadkowo. To miejsce jest symbolem tradycji, która się wypaliła; wiary, która stała się fasadą; moralności, która służyła kontroli zamiast prawdzie. Kel’thar jest pierwszym, który nie pozwala się zastraszyć tej fasadzie. Nie cofa się. Nie spuszcza wzroku. Nie milknie.

Jego rytualny gest w kaplicy ma działać jak uderzenie powietrza: nagła zmiana ciśnienia, zgaśnięcie sztucznego światła, moment, w którym skóra wie wcześniej niż myśl, że wydarzyło się coś nieodwracalnego. To nie jest akt przemocy. To jest akt przejęcia.


AW: Jaką rolę w tej scenie odgrywa cisza?

MB: Cisza jest jednym z bohaterów tej sceny. Ale to nie jest jedna cisza — to trzy różne cisze, które splatają się ze sobą.

Cisza kaplicy jest stara, ciężka, jak wstrzymane tchnienie przestrzeni, która wie, że zaraz wydarzy się coś, czego nie powstrzyma modlitwa ani tradycja. To cisza miejsca, które przez lata milczało — aż do tej chwili.

Cisza Kel’thara jest zimna i kontrolowana. To cisza człowieka, który nie musi podnosić głosu, by zapanować nad przestrzenią. On nie mówi, bo nie musi. Każdy jego gest brzmi mocniej właśnie dlatego, że on sam pozostaje w absolutnym milczeniu.

A cisza Mariam… to najbardziej napięta z nich wszystkich. To cisza kogoś, kto nie może wydać dźwięku. Kogoś, kto walczy z własnym oddechem, by nie zdradzić ani strachu, ani bólu, ani cienia słabości.

Te trzy cisze nakładają się na siebie i tworzą tło całej sceny.


AW: Dlaczego Kel’thar zdejmuje rękawiczki? Przecież mógłby dokonać wszystkiego, mając dłonie osłonięte.

MB: Bo w tej scenie nie ma miejsca na gest wykonany przez coś, co oddziela człowieka od czynu. Rękawiczki to część jego stroju codziennego — warstwa, którą nosi jako dowódca, jako wojownik, jako ktoś, kto na co dzień musi chronić swoje dłonie i nie pokazywać emocji. Ale w kaplicy ta warstwa staje się przeszkodą. On nie wykonuje tam zwykłej czynności. On wykonuje rytuał, a rytuał wymaga obecności całkowitej, nie symbolicznej.

Dlatego zdejmuje rękawiczki powoli, z pełną świadomością każdego ruchu. Tak, jakby samo zdejmowanie było już częścią wyroku — jakby każdy centymetr odsłoniętej skóry był potwierdzeniem, że to, co zrobi, zrobi w pełni, bez ochrony, bez dystansu. To nie jest gest brutalny. To gest kontrolowany, zimny, precyzyjny. Wykonuje go tak, jak wykonuje wszystko: rytmicznie, świadomie, z chłodną pewnością, że to, co zaraz nastąpi, musi zostać wykonane jego własnymi dłońmi, a nie przez materiał, który miałby go oddzielić od tej chwili.


AW: Dlaczego zwracasz uwagę na srebrny pierścień na jego prawej dłoni?

MB: Pierścień nie jest ozdobą. To pieczęć — znak przysięgi, odpowiedzialności i władzy, którą nosi ze sobą, nawet w chwili, gdy wchodzi do kaplicy, by naruszyć wszystko, co uznawano tam za nienaruszalne. Kiedy Mariam dostrzega błysk srebra na jego skórze, rozumie, że nie stoi przed nią przypadkowy wojownik. To ktoś, kto ma rangę. Kto ma historię. Kto niesie za sobą decyzje, które dotykają innych.

Ten moment jest kluczowy, bo pierścień staje się pierwszym sygnałem, że za tym mężczyzną stoi cały świat, którego ona jeszcze nie zna. Zdradza jego pochodzenie, jego siłę, jego miejsce w strukturze, której do tej chwili nie była świadoma.

Ten pierścień staje się pierwszym elementem rozszyfrowywania jego tożsamości — i właśnie wtedy, paradoksalnie, to on odbiera jej tożsamość, zostawiając na niej ślad swojej własnej.

W tej scenie wszystko ma znaczenie.


AW: Dlaczego Kel’thar zdejmuje z twarzy szal? Co symbolizuje ten gest?

MB: Szal to jego maska. Jego rola. Jego wojownicza tożsamość. Kiedy go odsuwa, odsłania twarz — ale nie przed nią. Odsłania ją przed sobą. To jest jego pierwszy moment prawdy w całej historii.

Przez całą drogę do kaplicy jest figurą, cieniem, kimś, kto działa z dystansu. Szal pozwala mu pozostać anonimowym, nieludzkim, bez twarzy — tak działa strach, tak działa władza. Ale w tej scenie, w tej sekundzie, on nie może już być cieniem.

Gdy zsuwa szal, robi to tak, jak zdejmuje rękawiczki — powoli, świadomie, jakby ten gest też był częścią rytuału. To nie jest odsłonięcie twarzy po to, by ona go zobaczyła. To jest odsłonięcie twarzy po to, by on sam nie mógł się już schować za niczym.

W momencie, tuż przed czynem, który zmieni jej życie i jego los, musi stanąć w pełni jako on sam — bez maski, bez warstwy, bez tarczy. Choćby na jeden oddech. Zdjęcie szala jest jak ciche, zimne przyznanie: „To ja to robię. Ja biorę za to odpowiedzialność.”


AW: Zapach w tej scenie jest niezwykle ważny. Opisałaś kadzidło, wilgoć, pył. Czy zapach Kel’thara — ten surowy, korzenny, pierwotny — ma dla Ciebie znaczenie symboliczne?

MB: Tak. Jego zapach to podpis archetypu — nie woń dla przyjemności, ale znak, którego nie da się pomylić. Zapach konia, zimnego wiatru, żelaza, sandałowca i ledwo wyczuwalnej ambry tworzy aurę człowieka, który wraca z miejsc, w które większość nie odważyłaby się wejść. To obecność, która nie przyszła prosić. I tutaj warto wrócić do moich słów z początku wywiadu: Kel’thar jest przeciwieństwem tego, czym jego świat powinien go uczynić. To dotyczy również jego ciała. On nie jest brudnym wojownikiem pachnącym krwią i dymem. Jego czystość — skóry, ruchu, oddechu — jest świadomą decyzją i formą oporu wobec barbarzyństwa. Dla niego ciało nie jest tylko narzędziem walki. Ciało ma dla niego wymiar sakralny — jest jego własnym sakrum, przestrzenią, którą utrzymuje w stanie gotowości, czystości i absolutnej dyscypliny. Czystość jest rytuałem, sposobem utrzymania władzy nad sobą i nad chaosem, z którego wyrósł. Ambra, sandałowiec, świeżość jego skóry — to nie ozdoba. To dyscyplina. To dominacja nad instynktem. To jego prywatna liturgia, dzięki której odcina się od ciemności swojej tradycji i idzie własną, niepowtarzalną ścieżką.


AW: Jak wyglądałaby ta scena z punktu widzenia Mariam? Czy surowość kaplicy wynika z gestów Kel’thara, czy z jej oporu? Czy jej milczenie zmienia energię całego rytuału?

MB: Jej opór zmienia wszystko. Gdyby była bierna, kaplica byłaby tylko przestrzenią, pustą konstrukcją, w której dokonuje się gest. To jej milczenie, jej napięcie, ta twardość ukryta pod strachem sprawiają, że scena jest napięta jak łuk tuż przed wypuszczeniem strzały. Ona nie ucieka, nie krzyczy, nie błaga. Nie daje się złamać. Dlatego ten moment nie jest brutalny — jest surowy. W tej scenie Mariam staje się drugim filarem kaplicy, równorzędnym wobec Kel’thara, choć pozornie nie ma żadnej władzy.


AW: „Kim musi być Mariam, skoro nie pęka w tej scenie? Jaki archetyp w niej działa, skoro nawet Kel’thar — siła, nie człowiek — nie potrafi jej złamać?”

MB: Mariam jest jedną z tych istot, które wyglądają, jakby można je zgnieść jednym gestem — a jednak pozostają niełamliwe. Nie dlatego, że mają siłę. Dlatego, że mają strukturę. Jej rdzeń jest czymś, co istniało jeszcze przed nią — jakby nosiła w sobie pamięć czegoś starszego niż świat, który próbuje ją ugiąć. Tacy ludzie nie walczą, nie krzyczą, nie błagają. Oni trwają. Nie z odwagi, nie z buntu — z natury swojego istnienia.

Jej cisza jest tego dowodem. To nie jest cisza strachu. To cisza kogoś, kto wie, że dźwięk byłby kapitulacją. To cisza zaciskająca się w gardle, świadoma, ciężka, wstrzymana — jakby najmniejszy szept mógł naruszyć cały rytuał.

Kel’thar wyczuwa to od pierwszej sekundy. On, który potrafi przełamać każdy opór, nie widzi w niej ofiary. Widzi przeszkodę, której nie da się przesunąć. Jak głaz pod wodą: pozornie bezbronny, a jednak nieporuszony.

To dlatego powietrze w kaplicy drży — bo spotykają się dwie siły, które się nie uginają. On — siła przełamania. Ona — siła, której nie można złamać.

W tej chwili Mariam nie jest ofiarą. W tej chwili staje się granicą. Granicy nie da się złamać — można ją tylko przekroczyć lub zatrzymać się przed nią. Kel’thar nie przekracza jej do końca. I dlatego ta scena ma tak wielką moc.


AW: Zanim dochodzi do aktu, Kel’thar chce, by Mariam spojrzała mu w oczy. Dlaczego ten moment jest tak znaczący?

MB: Bo on chce widzieć, kogo niszczy. Chce wiedzieć, co w niej jest: strach, bunt, opór — czy ostatnia, cicha próba modlitwy. To spojrzenie nie jest wyrokiem, lecz rozpoznaniem. Jedynym momentem, w którym dotyka ich coś ludzkiego. A jednocześnie chwilą, w której ona przestaje być jednostką, a staje się symbolem tradycji, którą ma złamać. Ten obraz zapisze się w nim później, choć teraz jeszcze tego nie rozumie.


AW: Dlaczego moment później Kel’thar odwraca Mariam tyłem podczas samego aktu profanacji?

MB: Bo to nie jest intymność. To jest egzekucja tradycji. Patrzenie w oczy tworzy więź — a on nie może na tym etapie pozwolić sobie na więź. Jej twarz byłaby świadectwem tego, co robi, a świadectwa są zbyt ludzkie. W tej chwili on nie może być człowiekiem. Musi być narzędziem. Odwraca ją, bo akt ma być szybki, rytualny, nieludzki — taki, który nie pozostawia niczego poza bólem, śladem i pamięcią. To jest profanacja świętości tradycji, nie jej ciała. Jej ciało jest miejscem, na którym dokonuje się symbol. Dlatego oczy są zbyt ludzkie.


AW: W scenie w kaplicy Kel’thar odwraca wzrok i nie pozwala sobie na żaden ludzki gest. A jednak w późniejszej scenie w komnacie robi coś odwrotnego — patrzy Mariam w oczy przez cały czas. Ta zmiana jest uderzająca. Co tak naprawdę oznacza?

MB: W komnacie akt nie jest już profanacją. Nie jest gestem wobec tradycji. Jest gestem wobec niej. W kaplicy jego spojrzenie byłoby jak rana — zbyt ludzkie, zbyt bliskie, zbyt niebezpieczne. Dlatego odwraca ją tyłem, dlatego wybiera nieludzkość. Bo tam musi być cieniem, nie mężczyzną. W komnacie dzieje się coś odwrotnego. On patrzy jej w oczy, bo musi zobaczyć reakcję, musi zobaczyć prawdę, musi zobaczyć, co w niej pęka. To już nie jest akt dominacji. To jest akt odsłonięcia. Nie jej — jego. Kiedy patrzy w jej oczy, sam ryzykuje. W ten sposób zdejmuje maskę, którą w kaplicy jeszcze utrzymywał. To jest pierwsza scena, w której on nie wykonuje rytuału przeciwko komuś, ale rytuał, który wraca w jego własne wnętrze.


AW: W scenie w komnacie Kel’thar wykonuje gest odkładania broni — bardzo świadomie, niemal ceremonialnie. Co symbolizuje ten gest?

MB: Kiedy Kel’thar odkłada broń, robi coś więcej niż tylko zostawia miecz na stole. To jest jego sposób, by powiedzieć: „W tym momencie nie jestem już wojownikiem.” To akt niezwykle symboliczny. W kaplicy broń była przedłużeniem jego woli, jego gniewu, jego siły. W komnacie on z tej siły rezygnuje. Odkłada broń, jakby odkładał maskę. Ten gest jest rytualnym rozbrojeniem własnej tożsamości. Jakby mówił: „To nie broń ma przemawiać w moim imieniu. Teraz mówię ja.” To jest milczące, ale potężne odsłonięcie: człowiek, nie wojownik. Mężczyzna, nie cień.


AW: Zastanawia mnie to jedno: czy komnata jest łagodniejsza, czy bardziej brutalna niż kaplica? Mam wrażenie, że te dwie przestrzenie działają zupełnie inaczej. Czy to był celowy kontrast?

MB: Komnata nie jest łagodniejsza. Nie jest też brutalniejsza. Jest intymnie niebezpieczna. W kaplicy pęka tradycja. W komnacie pęka to, co ludzkie. To dwie różne skale. Kaplica jest potężna, monumentalna. Komnata — cicha, ale groźna, bo dotyka wnętrza.


AW: W scenie w komnacie jest moment, w którym Kel’thar patrzy na Mariam tak uważnie, jakby czytał coś, do czego nikt wcześniej nie miał dostępu. Co on w niej widzi w tej chwili?

MB: On nie szuka w niej słów ani emocji. On szuka napięcia — tej jednej mikrosekundy, w której ciało zdradza prawdę szybciej niż umysł. Widzi, gdzie zatrzymuje jej się oddech, gdzie napina kark, gdzie próbuje zachować pozory kontroli. Dla niego to nie są oznaki strachu. To jest mapa. Z niej odczytuje, kim ona naprawdę jest, a nie kim próbuje być. I właśnie dlatego ten moment jest tak niebezpieczny: Mariam nie może nic ukryć, bo Kel’thar nie potrzebuje interpretować — on widzi.


AW: Mam wrażenie, że Kel’thar nie tylko przełamuje przestrzeń — on przełamuje czas. Czy on jest archetypem obecnym „zawsze”, czy związany wyłącznie ze światem Trylogii?

MB: Kel’thar jest archetypem, który nie należy do miejsca ani epoki. On istnieje tam, gdzie człowiek zaczyna przekraczać siebie. To nie jest figura „wojownika z legendy”. To jest impuls — ten rodzaj męskiej energii, która pokazuje, że to, skąd pochodzisz, co ci wgrano, czego cię nauczono, nie musi cię definiować. Archetyp Kel’thara uczy jednej rzeczy: możesz stać się przeciwieństwem swojej historii.

To siła, która budzi się w człowieku, kiedy przestaje działać z odruchu, a zaczyna działać z decyzji. To energia kogoś, kto porzuca chaos i wybiera świadomą kontrolę nad sobą: nad ciałem, nad impulsem, nad lękiem. Ciało staje się wtedy nie narzędziem — lecz świątynią. Każdy ruch jest przemyślany. Każda decyzja jest odpowiedzialna. Każdy gest ma znaczenie.

Kel’thar nie reprezentuje „męskości” w rozumieniu kulturowym. Reprezentuje wewnętrzną siłę, którą można w sobie aktywować: siłę, która prostuje kręgosłup, klaruje myśli, przecina irracjonalne strachy, usuwa obce głosy, narzucone wzorce, cudze oczekiwania. Siłę, która mówi: „To ja decyduję, kim się staję.”


AW: Czy uważasz, że każdy czytelnik — niezależnie od pochodzenia — może znaleźć w Kel’tharze coś, co go dotyczy?

MB: Tak. Bo Kel’thar nie jest ideałem. On jest lustrem. Nie pokazuje człowiekowi tego, czym jest — pokazuje to, co może w sobie uruchomić. W nim czytelnik widzi nie „wojownika”, ale własną, głęboko ukrytą siłę, którą zagłusza strachem, chaosem albo starym bólem.

Kel’thar uderza tam, gdzie człowiek sam w sobie najbardziej boi się zajrzeć — w miejsce odpowiedzialności. W miejsce decyzji. W miejsce, gdzie ciało staje się świadome, skupione, czyste, gotowe. To dlatego tak wielu ludzi reaguje na niego instynktownie — bo czują, że on dotyka ich rdzenia, tego, co mogłoby być silne, gdyby przestało być uciszane.


AW: Skoro mówimy o energii Kel’thara jako archetypie i o tym, że Mariam czuje jego obecność, zanim jeszcze go rozumie, chcę wrócić do jednego szczegółu z samej sceny. Zanim pozna jego tożsamość, słyszy wojowników, którzy zwracają się do niego w języku, którego ona nie rozumie. Słyszy brzmienie „Kel’thar”, ale nie wie, czy to imię, czy tytuł, czy wyrok wypowiadany na głos. Czy ta niejednoznaczność była celowa? I co naprawdę oznacza to imię?

MB: Tak — to było absolutnie celowe. Mariam nie zna języka jego tradycji, dlatego dla niej „Kel’thar” brzmi jak obcy, twardy dźwięk, nie jak imię. Jest tylko drżeniem powietrza, które przeszywa przestrzeń, gdy jego wojownicy zwracają się do niego z mieszaniną szacunku i strachu. Ona dopiero domyśla się, że ten dźwięk należy do niego — i że jest czymś więcej niż imieniem.

W ich kulturze Kel’thar nie oznacza jednego człowieka. To tytuł, który nosi tylko ten, kto ma prawo prowadzić armię w chwili, gdy zaczyna się nowa epoka.

„Kel” oznacza ostrze, które wyznacza kierunek — nie ostrze wojownika, lecz ostrze przeznaczenia. „’Thar” znaczy ten, który rozdziela czas. Ten, który decyduje, kiedy kończy się jedno, a zaczyna drugie.

Razem tworzą znaczenie: „Ten, który przecina drogę i otwiera nową.” Albo inaczej: „Ten, który rozdziela ciemność.”

To dlatego Mariam czuje chłód, gdy słyszy to brzmienie — bo podświadomie rozpoznaje archetyp, zanim zrozumie człowieka. To nie imię. To znak. To przeznaczenie, które chodzi na dwóch nogach. A ona staje z nim twarzą w twarz, nie wiedząc jeszcze, kim on naprawdę jest.


AW: Gdybyś miała zostawić czytelnikowi tylko jeden obraz Kel’thara — taki, który nie tyle się pamięta, co czuje pod skórą — który moment by to był?

MB: Ten, w którym stoi w progu. Bez słowa. Z dłonią opartą o drewno, jakby samo drewno miało mu odpowiedzieć, czy ma prawo wejść dalej. To nie jest gest wojownika, tylko moment, w którym jego cisza staje się bardziej namacalna niż ruch — jakby cała przestrzeń musiała się do niej dostroić. Powietrze robi się cięższe, chłodniejsze, jak tuż przed dotykiem, który jeszcze nie nastąpił, a już zmienia ciało. W tej jednej chwili widać w nim wszystko: świadomość siły, kontrolę nad własnym ciałem, chłód skupienia i coś, co nie jest czułością, ale działa podobnie — przyciąga. To właśnie ten obraz zostaje najdłużej: mężczyzna nieruchomy w drzwiach, który nie musi przekraczać progu, by przejąć przestrzeń. Jego obecność robi to za niego.


AW: Kiedy scena się kończy, a świat wraca do swojego rytmu — jaki rodzaj obecności Kel’thara ma w człowieku pozostać? Nie emocja, ale ślad, który zostaje pod skórą?

MB: To wrażenie bliskości, która była zbyt intensywna, by ją od razu zrozumieć. Jakby ktoś zbliżył się na odległość jednego tchu i odsłonił w nas coś, o czym nie chcieliśmy wiedzieć. Kel’thar zostawia po sobie nie obraz, lecz napięcie — ciche, głębokie, zbyt prawdziwe, by je zignorować. To ten moment, w którym ciało pamięta więcej niż umysł, a świadomość jeszcze nie nadąża. On znika… ale to, co poruszył, zostaje.


AW: Czy te dwie sceny — kaplica i komnata — były pierwsze w Twojej głowie, kiedy zaczynałaś Trylogię nr 2? Czy to one otworzyły Ci drogę do całej historii?

MB: Nie — one pojawiły się na końcu. Jak dwie bramy, które zamknęły całość. Powstały wtedy, gdy cały szkielet Trylogii II był już gotowy, ale brakowało czegoś, co nada jej ostateczny sens. Te sceny nie są fragmentami opowieści. One są jej osią. Trylogia nr 1 jest opowieścią. Trylogia nr 2 jest inicjacją. A Trylogia nr 3 będzie przemianą — tą, która może nastąpić dopiero po przejściu przez pęknięcia kaplicy i komnaty.


AW: I ostatnie: czy Trylogia nr 3 będzie rozwinięciem energii tych dwóch scen? Czy one są bramą… czy ostrzeżeniem?

MB: Sceny kaplicy i komnaty są bramą. Bez nich Trylogia nr 3 nie mogłaby w ogóle powstać. To są dwa pęknięcia, przez które przechodzi świat, bohaterowie i czytelnik. Trylogia nr 3 będzie nie konsekwencją, lecz skutkiem tych pęknięć. Będzie opowieścią o tym, co powstaje, kiedy nie ma już fałszywych masek. Kiedy wszystko jest nagie, prawdziwe i nieodwracalne.

AW: Dlaczego pokazałaś te sceny tak brutalnie? To momenty, które automatycznie przesuwają Trylogię nr 2 do kategorii 18+. Dlaczego uznałaś, że ta surowość jest konieczna?

MB: Pokazałam te sceny tak ostro, bo tylko taka intensywność pozwala czytelnikowi naprawdę poczuć ten archetyp — tak, by wracał do niego w dzień i w nocy, jak coś, co nie daje o sobie zapomnieć. Tylko poprzez tę surowość można było pokazać człowieka, który ma pełną świadomość każdego gestu, pełną kontrolę nad sobą i nad przestrzenią. Chciałam, by czytelnik doświadczył tej siły tak wyraźnie, żeby zaczęła budzić coś w nim samym. Dlatego ta scena musiała być mocna — inaczej nie zostawiłaby śladu.

I to jest przesłanie zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn: że w każdym istnieje wewnętrzny ogień, którego żaden schemat ani żadna historia nie musi definiować. Że człowiek może siebie na nowo stworzyć — poprzez świadomość, dyscyplinę i pełną kontrolę nad własnym ciałem, myślą i decyzją. Że ta siła jest realna, dostępna, nieograniczona. Trzeba tylko sobie na nią pozwolić.

Bo ciało, świadomość i decyzja są naszym jedynym prawdziwym sacrum — a Kel’thar tylko przypomina, jak się do niego wraca.

AW: Dziękuję za tę rozmowę.

MB: Ja również dziękuję.

 

Trylogia II. Wywiad z Marią Bucardi

A jak Ty odczuwasz moją Trylogię…?

Jeśli chcesz, możesz zostawić swoje słowa w komentarzu.

Trylogia. Autor: Maria Bucardi. ISBN: 978-83-964513-0-9, 537 stron, PDF

W przygotowaniu

19 komentarzy

  1. Odpowiedz
    Mighty M says:

    Inicjacja 2
    Inicjacja w dymie transormacji czy wielka Iluzja …
    Wrocilam do siebie. Mezczyzna zostal z zona. Wrocilam i chyba nikt sie tego nie spodziewal. “Jestes jakis obcy, wiedzialam, ze zastane Cie obcym – mowie do mezczyzny. On odpowiada – “nie oczekiwalem, ze wrocisz”. Wrocilam po prowizoryczna sprawe, chcialam wyprac posciel. Czy ten proces jest zakonczony miedzy mna a mezczyzna, czy Kelthar moze odejsc? Czy przeszlam przez kaplice i komnate takze?
    Przychodze ponownie, odebrac pranie. W komnacie a moze w kaplicy, bo wydaje mi sie, ze te dwa inicjacyjne miejsca beda sie zmieniac i niejako nakladac lub byc tak bardzo rownorzedne czy tez blisko siebie, ze trudno uchwycic mi teraz jednoznacznie, ktore z nich dominuje, zastaje zone mezczyzny, czekala na mnie choc nie przyznaje sie do tego. Napisala list i podaje mi go bym przeczytala. Od razu wiem, ze ktos pomogl jej go napisac. List jest prostym przekazem, bym zostawila w spokoju ich rodzine. Kobieta, Marokanka, uzywa dzieci by udowodnic swoja sile i potege i prawowite miejsce przy mezczyznie. Patrze jej w oczy, chce wiedziec czy kocha swojego meza. Jej protekcja i walka daje mi chwile namyslu z czym wlasciwie mam do czynienia. Marokanka smieje sie caly czas z poczucia tryumfu, jej smiech jest nerwowy, skad zatem bierze sie jej pewnosc siebie? Caluje kobiete na pozegnanie i przytulam, choc nie szczedze sobie ironicznego usmiechu. Na koniec jeszcze kobieta chce wymusic na mnie obietnice, ze nic nie powiem o tym spotkaniu jej mezowi. Odpowiadam jej, ze to Bog o tym najbardziej decyduje. Czuje emocje. Wszystkie na wooow, bo to moje ulubione slowo – “wow”. Czy kobieta powinna w taki sposob walczyc o mezczyzne? Zapytalam kobiete czy czuje strach, ze maz od niej odejdzie, ze bedzie musiala moze wrocic do rodziny w Maroko? Sklamala. Moje pierwsze mysli sa takie, gdy odprowadzam siebie sama do domu: tak, dlaczego by nie zostawic kobiecie wszystko tak jak sobie to wyobraza, jestem w stanie zrozumiec, ze tam, gdzie ja widze jej strach o wlasna pozycje kobieta mysli, ze jest to uczucie milosci do meza. Im wiecej mysle o zachowaniu kobiety tym bardziej zdaje sobie sprawe, ze te wszystkie jej slowa juz powstaly w mojej glowie wczesniej, jakby ona sama do mnie mowila, te mysli sa podszyte strachem, ze robie cos niewlasciwego, to w nich jest obecna kobieta – to jakby ona je we mnie kreowala. Czy sa to tak zwane obce mysli a ja je wylapuje z przestrzeni? Kelthar powinien byc odporny na obcy wplyw to jego podstawowa zasada dzialania! Z drugiej strony toprzeciez telepatia. Tej nocy nie ide spac, poddaje wszystko analizie. Usmiecham sie sama do siebie, ze jestem niczym Don Juan ten znany kochanek, ze umiem rozkochac w sobie kazdego czlowieka, ze ta Marokanka tez moze mnie pokochac … miloscia siostry do siostry. Ustawiam nas wszystkich jako bohaterow tej inicjacji w roznym oswietleniu, kazdego z nas. Zarowno w cieniu jak i w blasku. W cieniach i polcieniach jestesmy: ja – ofiara meskiej chuci, kobieta bluszczem uzywajaca swoich kobiecych powabow toksycznie, szukajaca komfortu cudzym kosztem, Marokanka – rozgoryczona malzonka szczujaca swoich wrogow wlasnym potomstwem a mezczyzna jest – intrygantem i pasozytem, ktory cieszy sie kreowanym przez siebie chaosem. Z pozycji pozytywnej wyglada to tak: ja jestem narratorem z boskiego poslannictwa, jestem otwarta na mozliwosc milosci miedzy mna a mezczyzna bez zbednych romansow, przemieniam szkodliwe stereotypy, jestem i uzyje tutaj slow Marii Bucardi “Wilkiem, ktory dziala bez litosci” wymierzajac sprawiedliwosc, bo nadszedl na to bardzo odpowiedni czas w roku Weza. Mezczyzna mimo ogromu chaosu, jaki mu towarzyszy potrafi wskoczyc na zlote sciezki, ktore sie pojawiaja miedzy nasza trojka, on jest boskim emisariuszem, boskim skoczkiem. Jego francuska tolerancja ma pojednawcza moc. Marokanka uziema, jest matka, ktora poswieca sie dla dobra swoich potomnych, sciaga na ziemie mnie i meza, gdy lecimy niczym Ikar, Marokanka nie boi sie uzyc swojej czarnej bogini, gdy ta do niej przemawia, zna swoja wartosc jako kobieta.
    Mezczyzna wrocil po mnie, gdy jego zona kazala mi zniknac i juz nigdy nie wracac. Przeprosil mnie za zachowanie zony. Ale ja juz zaczynam rozumiec, ze on nami wszystkimi manipuluje. Musialam spotkac tego mezczyzne na swojej drodze, to jego slyszalam w swojej glowie od wielu lat i jeszcze do konca chyba nie rozumiem co to oznacza, to tak jakbym odbierala kanal radiowy ten o tresci bardziej mrocznej, ale jakby przeznacozny dokladnie dla moich uszu, interesujaca sprawa …
    Marokanka w ciszy cierpi, choc myslala od razu, ze jest ta wygrana, jakby nie pytajac nikogo, kto bierze w tym udzial, ignorujac nasz wspolny wplyw na bieg wydarzen, jakie towarzysza nam uczucia, czego pragniemy, jaki jest cel i misja. Z drugiej strony kazdy z nas po trosze zachowuje sie egoistycznie, ale to tez wazny aspekt w tej inicjacji. Bo nikt jak i Kelthar nie jest perfekcyjny. Bol Marokanki jest taki, jaki pozostawil Kelthar wobec Mariam po profanacji kaplicy. Maz ja odwiedza, ale ona nie wychodzi na razie mu na przeciw i tak na razie powinno byc, kontemplacja w ciszy, bo Marokanka jest w tym utalentowana. Ja i Francuz spedzamy teraz razem czas. To, co sie miedzy nami dzieje jest czysta intensywnoscia i mimo naszej wrodzonej zywotnosci jestesmy wyczerpani, moze z glupoty naduzyc form i tresci komunikacji a moze tak powinno byc, ze jestesmy stworzeni do tego, by byc na wzburzonych falach morza. Francuz powiedzial mi, ze wiele lat temu walczyl o to, by nie zatonela lodz, na ktorej pracowal. Zlapali do sieci kilkutonowy kamien, Francuz przecinal wiezy, by uwolnic glaz. Kilka dni temu powiedzial mi, ze jestem nienaruszalna jak kamien w wodzie i zaufajcie mi uzyl takich samych slow jak nasza Maria. Marokanka swoja niezachwiana postawa tez pokazala, ze stoi niczym Dab u boku meza, bez wzgledu na wszelka negatywnosc.
    Maria Bucardi kiedys powiedziala, ze wiedza jaka mamy mozliwosc przyswoic w kontakcie z jej tworczoscia zawsze bedzie aktualna a jej energia zawsze bedzie dzialac nawet jesli nie od razu bedziemy umieli wprowadzic wszystko w zycie. Ze pewne przeslania, wskazowki, podpowiedzi, znaczenia beda do nas przychodzily w odpowiednich momentach, wtedy, gdy tego najbardziej potrzebujemy. I tak oto przyszedl do mnie Mentoring nr 17 czyli Gwiazda w Tarocie o bratnich duszach i blizniaczym plomieniu. W jednej chwili zrozumialam, ze ja i Francuz jestesmy jak dwie polowki tej samej duszy – ta teoria zostala zasiegnieta przeze mnie w internecie, mentoring od Marii co tez ciekawe i symboliczne ma w sobie wirusa i nie moge go na razie odtworzyc, by potwierdzic lub zaprzeczyc wyzej wymienionej teorii. I teraz pozostaje pytanie czy jestesmy z Francuzem bratnimi duszami czy blizniaczym plomieniem?Tak czy inaczej spotkanie ma moc. Czy Kelthar i Mariam sa bratnimi duszami lub blizniaczym plomieniem? Czy Mariam znalazla sie w kaplicy i zostala jej kaplanka z woli Arcykaplana?
    Mentoringi, ktore mam na dysku od Marii, jeden z nich dziala, to mentoring o miedzy innymi gwalcie atsralnym i czarnych magach … i to wszystko wyglada dokladnie tak jak w tym mentoringu, wszystko co sie wydarzylo miedzy mna a Francuzem i jego zona i jeszcze wczesniej z pewnymi ludzmi w roku Weza ma dokladnie ten charakter czarnej, mrocznej magii. Czy inicjacja keltarowska i inicjacja swiatla moze zaistniec w zestawieniu z tak mocnym, demonicznym, czarnym tlem? Czuje, ze w tej historii jest wszystko, jest tez reinkarnacja, jest tez nauka dla mnie jako wojowniczki Swiatla jak poruszac sie wobec atakow sil mroku, jako ostatni szlif dla wojowniczki Swiatla, na ten moment, w czasie roku Weza – Kelthar.
    Czy Wy wiecie jak jak sie obawialam widzac, ze moj poprzedni komentarz w tej sprawie czyli Inicjacja 1 nie byl moderowany przez dluzszy czas, co jest tez nietypowe dla Marii, myslalam, ‘moj ci Boze zrobilam cos zle, popelnilam blad, poszlam za daleko, i nie tylko bo to, co pisze jest takie intymne …’ i dzisiaj widze, ze moj komentarz jest pod artykulem Marii o Keltarze i Mariam i udostepniam dalsza jego czesc, bo chce byscie wiedzieli jak to dziala ten archetyp nawet jesli gdzies sie myle, w mojej opowiesci, wiem tez ze sa jawne tropy archetypow w mojej wyzej opisanej historii, mimo tego oblednego tanca i zmian i zawirowan energii, mimo tak mocnej sytuacji, mimo gestosci mroku. Chce byscie wiedzieli, byscie czuli przyjemnosc w byciu tropicielem boskich znakow, ktore sa przeznaczone dla Was mimo strachu i iluzji wszechobecnej, mimo zwatpienia i moze nawet lez, byc jak Kelthar mimo tego czym go jego swiat wczesniej uczynil, byc nieporuszona jak kamien w wodzie jak Mariam to jest najwysza rozkosz, szacunek, przyjemnosc, moc. To wszystko jest tego warte i juz nigdy nie zechcecie zyc … inaczej.
    Musicie tez wiedziec, ze nawet wobec tzw nieprzyjaciela, predatora, czarnego maga jestem prawie zupelnie szczera, prawie, bo nie mowie na koncu kim jest dla mnie moj wrog i mam takie ulubione powiedzenie “prawdomowny czlowiek, ktory mowi prawde zawsze i bez wzgledu na wszystko, staje sie nieprzewidywalny”. Czy nie ma zatem niczego bardziej cudownego wobec naszych tzw wrogow jak byc nieprzewidywialnym, przeciez to jest wygrana z gory do tego zawsze i wszedzie.
    Jestem tutaj by mowic prawde i nic nie moze mnie juz zatrzymac,a wszystkich tych, ktorych ta prawda boli najserdeczniej przepraszam, ze kocham prawde ponad wszystko, ze wystawiam swoja i czyjas nagosc, intymnosc na czyjes spojrzenie, na swiatlo, na jaw …
    Czas najwyzszy by prawda przemowila, tak dlugo … milczelismy.
    Gdziekolwiek nie poniesie pozniej moja dusze bede zawsze pamietala o Marii, o tym, ze bez niej nie byloby mnie tutaj, ze wskrzesila mnie, moze ponownie, ze jest ze mna tak dlugo, moze przez wiele stuleci i za to z calego serca dziekuje … Mario, ze jestes, ze jestes swiadectwem cudownosci tego swiata i blogoslawienstw czystej boskosci nawet poza nim. Mario bo co to oznacza jesli dzieki komus zrozumielismy, ze nie tylko niebezpieczenstw sie nie boimy, ale odkrywamy, ze … kochamy niebezpieczenstwa …
    Co bysmy zrobili bez poznania arhcetypow Kelthara i Mariam ………

  2. Odpowiedz
    Katarzyna says:

    Ten wywiad jest tak fascynujący jak Trylogia!!! I na pewno to nie przypadek, że jest właśnie w tym czasie….pamiętam sen z 12 Magicznych nocach na grudzień- łączy się z tym bardzo….
    Czuje, że ten wywiad mi przypomniał, że dał wsparcie i siłę…
    Dziękuję 💗

    Mam to samo co Wy – tym bardziej nie mogę się doczekać dalszych części Trylogii!!!
    A Szorts🙉 – jeju jaki magiczny….kościół, ubior, jego skupienie, jego oddech, cisza i dzwony…

    • Odpowiedz
      Agata says:

      Mam dokładnie tak samo. Też nie mogę się doczekać dalszych części Trylogii — naprawdę czuję, że tam dopiero zaczyna się coś ogromnego. A co do shorta, dokładnie! Magiczne, niesamowite. Ta atmosfera… jego skupienie, jego oddech 😉 cisza, dzwony — czułam identycznie. Jakby wszystko na moment zatrzymało się w czasie.

  3. Odpowiedz
    Anonim says:

    Gratuluję Mario🌷

  4. Odpowiedz
    Basia says:

    Przeczytałam ten wywiad i powiem szczerze, że teraz jeszcze bardziej czekam na Trylogię 2. Czy Wy też tak macie?
    I serio… co tam ma się wydarzyć w tej kaplicy? Bo ja już nie wytrzymam, muszę to przeczytać.

  5. Odpowiedz
    Ewelina877 says:

    Przeczytałam cały wywiad i muszę powiedzieć, że jeszcze bardziej nakręciłam się na tę drugą część. Serio, z każdym pytaniem miałam takie: ‘ok, to będzie coś zupełnie innego niż jedynka’.
    Najbardziej zwróciło moją uwagę to, co pisałaś o Kel’tharze. Lubię to, że nie robisz z niego takiego typowego bad boya, jak to wszędzie jest. Nie jest ani słodkim bohaterem, ani takim złym facetem, tylko kimś, kto ma zupełnie inną energię. Ja takie postacie uwielbiam, bo nigdy nie wiadomo, w jaką stronę pójdą.

    Fajne też było to, jak mówiłaś o jego decyzjach, o tym, że nie kieruje się emocjami tak jak inni. To od razu daje do myślenia, że on będzie robił rzeczy, które mogą się wydawać dziwne, ale dla niego mają sens. Już samo to mnie mega ciekawi.

    Podobał mi się też ten fragment o Mariam. Widać, że ona nie jest łatwa do złamania, a jak ktoś pisze, że “jej się nie da złamać”, to od razu mam takie: ok, ma charakter. I teraz jestem ciekawa, jak oni w ogóle będą się mijać, reagować na siebie, co tam między nimi powstanie. Mam wrażenie, że to nie będzie nic oczywistego, tylko takie tarcie, które może być naprawdę ciekawe.

    W ogóle cały wywiad daje poczucie, że w drugiej części będzie dużo więcej smaczków – takich małych szczegółów, które niby nic nie znaczą, ale później człowiek łączy je w całość. Lubię takie książki, gdzie trzeba czytać uważnie, bo autor ukrywa różne rzeczy w drobiazgach.

    I jeszcze jedno — po tym wywiadzie mam wrażenie, że druga część będzie bardziej intensywna. Mniej takiego opisu świata, a więcej emocji, napięcia i takich momentów, które zostają w głowie.
    Ciekawa jestem, czy ktoś z Was też ma takie odczucie?

  6. Odpowiedz
    Anita Anna says:

    Przeczytałam wywiad wczoraj wieczorem i całą drogę do pracy o nim myślałam, bo kilka rzeczy naprawdę mnie uderzyło.
    Po pierwsze — to, co pisałaś o tym, że Kel’thar działa inaczej niż wszyscy. Lubię takie postacie, bo mam już dość tych wszystkich „idealnych złych chłopców”, co potem nagle robią się dobrzy 😉 Tutaj widać, że to nie będzie coś takiego. On wygląda na kogoś, kto ma swoje powody i swoje zasady, nawet jeśli reszta świata tego nie ogarnia.

    Druga rzecz, która mi się spodobała, to podejście do szczegółów. Sama jestem typem czytelnika, który lubi wyłapywać drobiazgi, i jak czytam, że w dwójce każdy detal jest ważny, to już wiem, że to będzie książka, którą przeczytam powoli, a nie „na raz”.
    Mam wrażenie, że to będzie taki tom, gdzie trzeba będzie się zatrzymać i pomyśleć: „ok, dlaczego to tak jest?”. I to mi się bardzo podoba.

    No i Mariam… Uwielbiam silne bohaterki. To, że piszesz, iż jej nie da się złamać, bardzo mnie ciekawi. Bo jeśli ona jest taka stabilna, a Kel’thar jest totalnie inny i działa według własnej logiki, to spotkanie ich dwóch musi być czymś niezwykłym.
    Nie wiem, czy to będzie konflikt, czy coś w rodzaju napięcia, ale czuję, że to będzie jeden z najlepszych wątków w całej części 🙂

    Generalnie po tym wywiadzie mam takie poczucie, że druga część będzie zupełnie inna niż pierwsza — mniej „świat budujemy”, a bardziej „wchodzimy w emocje i wybory postaci”.

    Jak Wy to czujecie?
    Anita

    • Odpowiedz
      Hanka says:

      Mam podobnie. Po tym wywiadzie też mam wrażenie, że dwójka będzie zupełnie inna, taka bardziej skupiona na bohaterach niż na całym świecie. Kel’thar od razu mnie zaciekawił, bo nie wygląda na postać, którą da się przewidzieć. I też lubię, że nie jest zrobiony na kolejnego „złego chłopca”. A Mariam… no myślę, że jak oni się spotkają, to będą iskry, ale nie takie romansowe, tylko takie wynikające z charakteru.

      Więc tak — czuję to dokładnie jak Ty. Hanna

  7. Odpowiedz
    Asia says:

    Uwielbiam takie rozmowy, które odkrywają drugie dno historii. Super się to czytało!

  8. Odpowiedz
    Aga says:

    Po tym wywiadzie mam ochotę wrócić do Trylogii od początku. Aż mnie wciągnęło na nowo.

  9. Odpowiedz
    AnnaAnna1 says:

    Muszę się zgodzić z Moniką co do wyglądu bohatera z wywiadu i od siebie też kilka słów dodam.
    Na mnie Trylogia nr 1 zrobiła ogromne wrażenie. To jedna z moich ulubionych książek i stoi u mnie na półce. Kupiłam też po jednym egzemplarzu dla siostry, mamy i babci. Widziałam, że jest nawet w naszej bibliotece w małej miejscowości, więc naprawdę chyba wszędzie można ją znaleźć. To jest niesamowite, ile Pani energii włożyła, żeby każdy mógł ją przeczytać, bez względu na sytuację.

    Czytałam opinie na Lubimy Czytać i widzę też, że niektórzy ludzie kompletnie nie ogarniają, o co chodzi w tej książce. Że to nie jest zwykła powieść, tylko wszystko jest tam ukryte: symbole, znaczenia, ptaki, krajobrazy, pełnie, nowie księżyca, zachowania bohaterów… Każda rzecz ma sens.
    Jeśli w Trylogii nr 2, jak wynika z wywiadu, przechodzimy do inicjacji, to tych znaczeń będzie pewnie jeszcze więcej.

    Widziałam już kilka cytatów z Trylogii nr 2 na Instagramie i za każdym razem miałam ciarki.
    A co dopiero teraz, po przeczytaniu tego wywiadu…

    Obserwuję Panią na mediach i najbardziej lubię relacje na Instagramie. Mam takie wrażenie, że Pani naprawdę żyje tym, co nam przekazuje. Że Pani prowadzi ludzi dokładnie tymi archetypami, które są w Trylogii. I dlatego ten wywiad jest tak mocny – bo nie znam jeszcze sceny, a już czuję dreszcz. Nie wiem, jak to nazwać, ale coś mnie po prostu ruszyło.

    Pomijając fakt, że gdy widzę tego bohatera na grafice, to można dostać dreszczy i ciarków 🤭
    On wygląda jak ktoś, kto potrafi jednym spojrzeniem wejść człowiekowi w środek duszy.

    Chciałabym zobaczyć też resztę postaci.
    Kiedyś Pani pokazywała, że ktoś jest podobny do jakiegoś aktora czy modela, ale teraz, jak te grafiki są Pani autorskie, to mam wrażenie, że to naprawdę są ci bohaterowie. Że oni już są „z ciała”, nie tylko z wyobraźni. Mają taką energię, że ciężko to porównać z czymkolwiek. Bardzo bym chciała zobaczyć więcej takich filmików, jeśli będzie Pani miała czas.

    Co do archetypów — ja już dawno widzę je w Pani pracy, szczególnie w ceremoniach. Nieraz się zastanawiałam, czy Pani studiowała Junga, bo te archetypy działają podobnie, ale są jakby rozwinięte dalej. Głębsze. Bardziej dotykające.

    I teraz, w tym wywiadzie, oba archetypy – męski i żeński – bardzo mnie poruszyły.
    To, jak Pani opisuje jego sposób kontroli, ten zapach, te gesty… To jest tak obrazowe, że nawet zdjęcie rękawiczek daje mi dreszcz. A to przecież dopiero wywiad, nie opis sceny!

    To wyjaśnienie, że on odwraca Mariam tyłem, żeby nie patrzeć jej w oczy, bo to byłaby zbyt ludzka więź… to jest tak mocny obraz, że widzę go jak scenę z filmu.
    I znam Pani styl, wiem, że nigdy nie ma tam tanich, dosłownych scen, wszystko jest opisane subtelnie, a człowiek i tak czuje to w środku.
    Dlatego tak bardzo lubię Pani twórczość – bo działa na emocje, nie na dosłownościach.

    Jestem bardzo ciekawa obu scen, tej w kaplicy i tej w komnacie.
    Szkoda mi Mariam, że ona tak dużo musi dźwigać, ale wiem też, że to wszystko jest po coś – że to opowieść o archetypach, o pęknięciach i przemianach.

    I powiem jedno: to zdanie o tym, że możemy stać się kimś innym, niż to, co nam próbowano narzucić – to jest dla mnie najważniejsze. To zdanie trafia w samo sedno.

    Dziękuję za ten wywiad. I dziękujemy też Pani Annie za tak wspaniałe pytania.
    A kiedy tylko Trylogia się pojawi, kupuję znowu cały komplet – i e-booki, i wersję papierową.

    • Odpowiedz
      Kasia says:

      Też tak mam! Ten filmik z Kel’tharem obejrzałam chyba z pięć razy, bo nie wiem czemu, ale aż mnie ciarki przechodziły. Niby nic tam nie robi, a wygląda tak, że człowiek od razu chce wiedzieć o nim więcej. I powiem szczerze… chyba zaczynam go lubić bardziej niż Artura czy hrabiego de Revelion, chociaż nic o nim jeszcze nie wiemy 😉 Ma w sobie coś takiego, że przyciąga od pierwszej sekundy.

  10. Odpowiedz
    Monika S. says:

    Pani Mario, dla mnie ten rok Węża też jest strasznie ciężki. Widzę, że nie tylko dla mnie, bo chyba nas tu jest więcej w takiej samej sytuacji. Ciągle coś wychodzi na powierzchnię, jakieś prawdy, jakieś dziwne sytuacje – przynajmniej w Polsce tak to obserwuję. I muszę powiedzieć, że miała Pani rację w tych 12 Magicznych Nocach, kiedy Pani mówiła, że ten rok będzie wyjątkowy. Jest – i to bardzo.

    A co do wywiadu… powiem tylko, że jak zaczęłam czytać pytania i odpowiedzi, to mnie aż ciarki przeszły. Już czuję, że ta scena będzie mocna. I powiem tak: jak widzę tego przystojniaka na grafice, którą Pani dała, i chyba sama stworzyła (bo widzę podpis), to nie wiem, czy on by był zdolny do jakichś brutalnych gestów 😏 Ta grafika chodzi za mną od kilku dni, odkąd ją pierwszy raz zobaczyłam.

    Niesamowite jest to, że Pani nie tylko pisze książkę, ale jeszcze wszystko tak dokładnie omawia dla czytelnika i do tego tworzy grafiki, które wszystko obrazują. Czuję się, jakbym wchodziła w bardzo głęboką historię, gdzie każdy szczegół ma znaczenie.

    Pamiętam Trylogię nr 1 – wtedy nie miałam pieniędzy, żeby ją kupić, i dobrze, że była w naszej bibliotece gminnej. Jak ją przeczytałam, to chodziła za mną tyle tygodni, że aż byłam w szoku, że książka może coś takiego zrobić. A jeśli Trylogia nr 2 ma być jeszcze mocniejsza i jeszcze bardziej „inicjacyjna”, jak Pani mówi – to ja już naprawdę nie wiem, co ja przeżyję, gdy będę ją czytać.

    Tym razem kupię wszystko – i e-booka, i wersję drukowaną. E-booka z jedynki już mam, bo czytam go sobie w autobusie, ale marzy mi się, żeby mieć i jedynkę, i dwójkę drukowaną, w mojej biblioteczce.

    A wywiad… jest niesamowity. Ja to już widzę oczyma wyobraźni: to zdjęcie rękawiczek, ten srebrny pierścień, te świece, ta kaplica, ta cisza i jego zapach 😏 No wiadomo, o co chodzi i kto to jest. I te dwa archetypy, o których Pani mówi – no normalny człowiek by się tego sam nigdy nie domyślił.

    Dziękuję, że Pani udzieliła tego wywiadu. I dziękujemy też Pani Annie za tak świetne pytania.

    • Odpowiedz
      Edyta says:

      No powiem Wam, że jak zobaczyłam ten opis Kel’thara i to całe „świętokradztwo w kaplicy”, to pierwsza myśl była: okej, to raczej nie będzie scena z kwiatkami i motylkami. Jak człowiek czyta między wierszami, że on ma „złamać” Mariam, to da się domyślić, że tam będzie ostro.

      I teraz najlepsze — mimo że wiadomo, że to pewnie nie będzie nic ładnego… ja już zaczynam go lubić. 😅
      Nie wiem, co on ma w sobie, ale wygląda tak, że człowiek nagle zaczyna kibicować komuś, komu może wcale nie powinien.

      Chyba wszystkie tak mamy — jak facet ma taką energię i taki wygląd, to nawet jak zwiastuje totalne zamieszanie, robi się to jeszcze bardziej interesujące 😉

  11. Odpowiedz
    Ewa says:

    Pani Mario, przeczytałam wywiad i muszę napisać, bo aż mnie nosi. Ten tekst jest tak prawdziwy, że człowiek ma wrażenie, jakby Pani zaglądała w ludzkie życie, a nie tylko w scenę z książki. Najbardziej poruszyło mnie to, co Pani mówi o tym, że nasza historia nie jest wyrokiem.

    W tym roku wszystko się sypie, wychodzą rzeczy, których nie da się dłużej zamiatać pod dywan, u mnie także…

    Już widzę, że Trylogia II będzie miała zupełnie inną energię niż jedynka. Silniejszą. Głębszą. Taką, która zostaje na długo.

    Dziękuję za ten wywiad. Daje dużo do myślenia.

  12. Odpowiedz
    Grazka says:

    Pani Mario, przepraszam, że tak długo nie pisałam komentarzy, ale ten rok Węża daje mi się we znaki tak, jak chyba nikomu innemu. Wszystko dzieje się naraz i dopiero teraz nadrabiam treści na blogu.

    Zobaczyłam tego Shorta na YouTubie i od razu kliknęłam, żeby przeczytać nowy artykuł. I muszę Pani powiedzieć… najbardziej mnie wstrząsnęło to, co napisała Pani o tym, że człowiek może stać się kimś innym niż to, co mu wgrano w dzieciństwie albo w środowisku, w którym żyje.

    To zdanie trafiło we mnie jak prawda, której człowiek niby wie, ale nigdy nie nazwał. Zatrzymałam się przy nim na dłużej, bo poczułam, ile jest we mnie rzeczy, które nie są „moje”, tylko przejęte z domu, z kraju, z ludzi, którzy mnie otaczali.

    I nagle ten wywiad dał mi takie… oddech? Uczucie, że naprawdę można to przerwać. Że można wybrać siebie, a nie to, co ktoś nam zapisał.

    Jestem bardzo poruszona tym tekstem i już czekam na Trylogię II. Czuję, że to będzie coś, co zostaje na długo.

  13. Odpowiedz
    Alicja says:

    Zobaczyłam tę ożywioną grafikę Kel’thara na Instagramie i mam ciarki do teraz. A po przeczytaniu wywiadu już wiem, że ta scena będzie czymś mocnym. Trylogia I była tak obrazowa, że widziałam wszystko jak film – a tu czuję, że będzie jeszcze intensywniej. Nie mogę się doczekać premiery!

  14. Odpowiedz
    Grzegorz says:

    Pani Mario, przeczytałem Trylogię 1 całą, od początku do końca.
    Nie czytam takich książek na co dzień, ale jestem Pani klientem od lat, więc chciałem zobaczyć, co Pani napisała.
    Muszę powiedzieć, że mnie wciągnęło.
    Najbardziej podobały mi się te filmy, gdzie tłumaczyła Pani symbolikę. Dzięki temu lepiej wszystko zrozumiałem.

    Jeśli Trylogia 2 ma być mocniejsza, to zapisuję się od razu na listę. Nieważne, czy e-book czy papier — kupię.

    Przeczytałem teraz ten wywiad.
    Jako facet powiem tak: trafiły do mnie te fragmenty o dyscyplinie, o kontroli nad ciałem i o tej wewnętrznej sile. Tego brakuje ludziom. Dzisiaj role są pomieszane i chłop nawet nie wie, kim ma być.

    To, co Pani napisała, jest konkretne i potrzebne.
    Czekam na książkę.

  15. Odpowiedz
    Aga1989 says:

    Przeczytałam właśnie wywiad — i poczułam, że coś się we mnie poruszyło. Nawet nie musiałam znać sceny z „Trylogii II”, by poczuć ciężar słów, ciszę i energię, którą opisujesz.

    Chwilami musiałam odłożyć telefon, bo słowa rezonowały z moim własnym życiem: gdzieś pod skórą, w ciele, w oddechu. To, co mówisz o Kel’tharze — o sile, która nie rodzi się z krzyku, ale z decyzji; o mocy, która nie szuka chaosu, lecz wybiera kontrolę i czystość — zabrzmiało we mnie jak echo starej tęsknoty. Tęsknoty za miejscem, w którym moje ciało przestaje być strefą lęku, a staje się świątynią.

    I wtedy uświadomiłam sobie: to nie będzie zwykła lektura. To będzie przejście. Inicjacja. Czekam. Czekam z drżeniem, z ciekawością, z ciężarem oczekiwania. Bo jeśli ten wywiad tak oddziałuje… to scena musi wstrząsnąć wszystkim.

    Dziękuję za odwagę, za tę szczerość. I dziękuję, że pozwalasz czytelnikom dotknąć tego, co niewypowiedziane, zanim świat zobaczy książkę.

Skomentuj Mighty MAnuluj pisanie odpowiedzi

Odkryj więcej z Maria Bucardi | Odkryj magię ...

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej